Na niebie znowu wiekuista szarość, jest początek tygodnia, a ty już czekasz na piątek. Praca to dla ciebie kierat i jeszcze masz wrażenie jakby wszyscy dookoła mieli ból dupy.
I właśnie wtedy, gdy skrolujesz neta w ucieczce od myśli na temat sensu życia, bóg algorytmu Instagrama zsyła ci blond piękność w plecionym staniku, odsłoniętym brzuchu, obwiązaną w udach pareo. Na jej opalonej skórze ciemniejsze są tylko egzotyczne tatuaże. Prosto ze swojej willi z basenem, przy dymiącym palo santo hipnotyzuje ci głowę opowiadając o swoim weekendowym kursie tantry, po którym musi integrować to doświadczenie, oczyszczając w porannym rytuale czakrę podstawy. Dostajesz przekaz, jak ważne jest wsłuchiwanie się w siebie. A jest poniedziałek. I gdy wsłuchujesz się w siebie, głównie słyszysz mantrę “ja pierd*le!”.
Przesadzam? Może delikatnie, bo może jednak niekoniecznie blondynka. Oczywiście social media zakłamują rzeczywistość bardziej niż Trump fakty, ale życie na Bali, naprawdę prawie tak wygląda. (Pomijając kilka niewygodnych i nie pasujących do pokazywania na social mediach rzeczy jak korki, smog, śmieci czy przeturystowienie*) . Bo mieszkanie na Bali, to nie tylko czasownik oznaczający zajmowanie pomieszczenia i traktowanie je jako głównego miejsca swojego pobytu. To konkretny lajfstajl, zupełne inne podejście do czasu, wsiąkanie w tą niezwykłą alternatywną rzeczywistość jaką jest bycie ekspatem na wyspie.
Co jest takiego w życiu na Bali, żeby marzyć o przeprowadzce?
1. Czas
Dlaczego wydaje się, że ludzie na Bali ciągle mają czas? Bo mają. Większość to freelancerzy, właściciele własnych biznesów, wszyscy pracują online. Albo ze swoich willi, albo z kawiarni albo z nowoczesnych coworków. Koncert w porze lunchu? Refleksologia po obiedzie? Surfing w ciągu dnia? Nie ma problemu, pewnie na plaży spotkasz znajomych z coworkingu. Nie umawiasz się z ludźmi z tygodniowym wyprzedzeniem. Prędzej odmówią, bo akurat wydarza się jakiś ecstatic dance albo jadą do szamana. Na Bali to praca jest dopasowana do lajfstajlu, nie na odwrót. Czas jest tu bardziej zbalansowany. Może to przez to, że przez cały rok słonce zachodzi o osiemnastej? Nie ma długich wakacyjnych dni i krótkich mrocznych zimowych. Samo Słonce świeci jakby łagodniej i cieplej.
Indonezyjczycy to ponoć najbardziej leniwy naród świata i ta niespieszność bardzo się udziela. (Są też minusy, jeśli chcesz robić biznesy albo budować dom, to deadliny to dla nich wynalazek z kosmosu. Moja kumpela, która buduje dom, pewnego dnia przyszła sprawdzić jak idzie ekipie i nikogo nie zastała, bo akurat była jakaś rodzinna kilkudniowa ceremonia – których w Indonezji jest pełno!)

2. Pogoda i Natura
Lekki sweterek to jest najcieplejsze ubranie jakie na siebie tu założysz po kilkutygodniowej aklimatyzacji, gdy temperatura spadnie poniżej 24 stopni. Cały rok jest świetna pogoda, pora deszczowa jest przyjemnie odświeżająca, a okrutnie upalne dni zdarzają się tylko czasami. Przy okazji nadmienię oczywistą N A T U R Ę.
(to mógłby być kolejny punkt, ale jakoś pięć powodów, dla których warto mieszkać na Bali brzmi lepiej niż sześć).
Na Bali natura przypomina katalog z tapetami na komputer. Nawet najbardziej oporni na chlorofil zostaną zahipnotyzowani intensywnością zieleni, kolorowymi kwitnącymi drzewami i kwiatami. Na ulicach pachnie kadzidłami i plumeriami (białe, biało-różowe kwiaty, które są wszędzie. Na drzewach, w ofiarnych koszyczkach, we włosach albo swobodnie leżące na ulicach). Wodospady na Bali to prawdziwe perełki. Stojąc pod jednym z nich, masz wrażenie, że Matka Natura postanowiła otworzyć gigantyczny kran. Kąpiel pod nimi to doświadczenie wręcz mistyczne.
Plaże? Proszę bardzo. Piasek jest tak miękki, że można by go używać do wypełnienia poduszek. Woda oceaniczna ma kolor tak intensywny, że Pantone powinno stworzyć nowy odcień: „Bali Blue”. I nie zapominajmy o tych niezwykłych hinduskich świątyniach, które wyrastają z dżungli jak grzyby po deszczu, ozdobione mistycznym urokiem i otoczone tajemniczą mgiełką, jakby prosto z filmu przygodowego. Można się tu poczuć jak Indiana Jones na urlopie.
Na Bali natura jest mistrzem zen. Tutaj nawet komary wydają się być zrelaksowane. Rośliny, kwiaty, zwierzęta – wszystko współgra w harmonii, tworząc symfonię spokoju i radości.


3. Ludzie
Balijczycy są niezwykle ciepli i otwarci na przyjezdnych, może nawet za bardzo biorąc po uwagę jak deweloperska potrzeba turystyczna niszczy ich przyrodę. Tam, gdzie w Canggu kiedyś były domowe pola ryżowe stoją butiki albo guest house i mam wrażenie, że jest coraz więcej placów budowy… Ale na Bali uczysz się dawać uśmiech nieznajomym, bo ci robią to dla ciebie. Wyspa przyciąga do siebie specyficznych wolnych duchów. Myślę, że łatwiej nawiązać znajomości. Wszyscy expaci przyjechali tu w tym samym celu: skosztowania rajskiego życia na wyspie z niezwykłą kulturą. Coworkingowe miejsca w Canggu czy Ubud pełne będą digital nomadów, na pub quizach poznasz Anglosasów, którzy mieszkają tu od kilku dekad. Możesz pobiegać na przełaj przez pola ryżowe i dżunglę na organizowanym hush-run, a potem zbiorowo się upić. W Uluwatu masz szansę na poznanie surferów i surferek. W Canggu na największych balijskich imprezowiczów. Bali to tętniąca życiem wyspa.
4. Styl życia
Na Bali jesz o wiele zdrowiej. Ilość dostępnych owoców okrągły rok przewyższa ryneczek Lidla, a świeże kokosy za piątaka są genialną alternatywą na picie piwka. Zwykle lokalsi jedzą w stołówkach, tzw warungach, gdzie zjesz ryż, różnego rodzaju warzywa, tempeh, soję, jajka i grillowane mięso, a za porcję zapłacisz 6 zł. To normalne, że chodzisz na masaże co drugi dzień. W weekendy surfujesz, łazisz po dżungli albo imprezujesz w różnych częściach wyspy. Z drugiej strony jak zarabiasz w Europie, najprawdopodobniej mieszkasz w willi z basenem i palmami i nawet niekoniecznie chce ci się gdzieś ruszać skuterem i przebijać się przez korki. Muszę też wspomnieć o licznych, przepięknych knajpeczkach z widokami na naturę, wodospady, pola ryżowe albo niesamowitą architekturę, gdzie możesz godzinami spijać balijską aromatyczną kawę albo zajadać smoothie bowle z łupinki z kokosa.
5. Magia
Coś tak ulotnego, że ciężko wskazać na to palcem, a jednak wszędzie można poczuć magiczną atmosferę. Może to przez te liczne rytuały ofiarowania bóstwom koszyczków z kwiatami i kadzidłami? Przez otoczenie: zieloną dżunglę i niezwykłą architekturę, liczne rzeźby bóstw i demonów, kunsztowne zdobienia wejściowych drzwi i posągi boga-słonia przed domostwami? Może jednak prastara kultura i religia, którą wyspa jest przesiąknięta? A może i obecność tych wszystkich ludzi wyglądających jak z katalogu “Joga” albo “Twój szaman”. Nie wiem. Ale tej to magiczna wyspa. Tylko trzeba jej dać nieco szansy, bo w turystycznym biegu, można tego nie zauważyć.

Przekonałam?
*neologizm na potrzebę tekstu, oznacza zdecydowanie za dużą liczbę turystów na metr kwadratowy. Są takie miejsce w centrum Ubud, gdzie w sezonie musisz schodzić na jezdnię z i tak cudem istniejącego wąskiego chodniczka (z dziurami). Na jezdni nie ma litości, jesteś niewidzialny dla naparzających w twoją stronę skuterów i samochodów. I jeszcze sztachasz się przymusowo spalinami.



